Do baru przed zakrętem, gdzie
Plastikiem neon lśni
Na popas dotaczamy się
Strudzeni setką mil
Siadam blisko wyjścia, bo
Tak lepiej, bez dwóch zdań
I zamawiamy byle co
Na szybko z karty dań
Późno już
Wcześnie zbyt
Nie, nie zna nikt
Cienie drżą
Na łąkach w siwej mgle
Gdzieś konie rżą
Obcy tu
Obcy tam
Pełni wrażeń, dat i miejsc
Które nic nie dają nam
Zbędni tam
Zbędni tu
Wszędzie, czyli nigdzie wciąż
Po pętlach dróg toczymy się
Ze snu do snu
Jedziemy, diabli wiedzą skąd
I dokąd, czort to wie
Wystarczy klakson zamiast trąb
W ten Ostateczny dzień
Przed siebie po omacku wprost
Z historii zwiać się chce
Do Europy tysiąc wiorst
A drogi ciągle złe
Późno już...
Kiedy księżyc przyświeca blado,
idąc niebem na skos,
wtedy zjawia się Desperado,
by srogi wyzwać los,
gwiazdy płyną srebrną armadą,
świetlisty sypią kurz,
lecz nie patrzy w nie Desperado,
cel wybrał już...
Ajajajaj, ajajaja...
bo Desperado cel wybrał już.
Rzucił precz nadzieję daremną,
lękom się śmieje w nos...
Gwiazda Desperado jest ciemna,
spod ciemnej gwiazdy los,
i nie patrzy w świat Desperado,
jak mierny, bierny widz,
bo się rządzi jedną zasadą:
wszystko, lub nic.
Ajajajaj, ajajajaj,
on ma zasadę: wszystko lub nic!
Płynie przez ponure odmęty,
nieświadom skał i raf,
Desperado - święty, przeklęty,
zdany na losu traf.
Desperado, Igrzysko Boże,
wśród zmierzchu krwawych łun,
pożałuje go kiedyś może,
siedem gitary strun...
Ajajajaj, ajajajaj,
wspomni go siedem gitary strun.
Czemuś Desperado mi bliski,
bo ja, normalna rzecz,
mówię w życiu: nic, albo wszystko,
a konwenansom precz,
kiedy księżyc prześwieca blado,
na pożegnanie dnia,
śpiewam Ci - dalej walcz Desperado,
bo ty to ja
Ajajajaj, ajajajaj,
walcz Desperado, bo ty to ja!