Baj, baj, baj, baj! - odpływam
Z biletem w jednÄ… stronÄ™.
Zmęczenia koniec, koniec dręczenia -
Znajdź sobie nowy obiekt.
baj, baj, baj, baj! - odpływam
Z biletem bez powrotu.
Męską ambicję gdzie indziej wyżywaj -
Ja spływam - pa! pa! - ja się zmywam!
Przesyłać ci będę puste koperty -
Niech myślą, że miłość wciąż trwa.
Pomysł jest nie mój, jest z innej piosenki -
Dla takich naiwnych jak ja.
Buty na nogi, makijaż na twarz -
Ciao, amore mio!
Kamyk zielony nic nie jest wart,
TandetÄ™ zostawiam, adio!
Buty na nogi, makijaż na twarz -
Ciao, ciao amore!
Kamyk zielony nic nie jest wart,
Tandety ze sobÄ… nie biorÄ™!
baj, baj, baj, baj! - odpływam
Z biletem w jednÄ… stronÄ™.
Męczenia koniec, koniec dręczenia -
Znajdź sobie nowy obiekt.
baj, baj, baj, baj! - odpływam
Z biletem bez powrotu.
Męską ambicję gdzie indziej wyżywaj -
Ja spływam - pa! pa! - ja się zmywam!
Żegnaj więc, żegnaj,
Bądź wreszcie szczęśliwy -
Pa! Ciao amore!
PakujÄ™ do torby
Swe stare sukienki,
Niczego twojego nie biorÄ™.
Buty na nogi, makijaż na twarz -
Ciao, amore mio!
Kamyk zielony nic nie jest wart,
TandetÄ™ zostawiam, adio!
Buty na nogi, makijaż na twarz -
Ciao, amore mio!
Kamyk zielony nic nie jest wart,
TandetÄ™ zostawiam, adio!
Baj, baj, baj, baj, baj, baj!
Baj, baj, baj, baj, baj, baj!
Baj, baj, baj, baj, baj, baj!
Baj, baj, baj, baj, baj, baj!
Baj, baj!
KolejnÄ… noc, jak stary pies
W obroży z pordzewiałych gwiazd
Jeszcze się łasi, skamle, rwie
Lecz dzisiaj nie dopadnie nas
- Na dzisiaj pas
Już się nie wgryzie, nie te dziąsła
Nie będzie drapać, jęczeć, kąsać
Choćby szarpała aż do świtu
Nie wyrwie z gardeł tamtych krzyków
- Już po capstrzyku
Może nie trzeba było tak
Szaleńczo w górę, w górę grzać
I zgarniać, chwytać, łapać, brać
Bo zaraz amen, klezmer grać
Może nie trzeba było tak
Lecz po kropelce, po maluchu
Sączyć to życie, a nie chlać
- Gdziekolwiek, z gwinta
Musimy przeżyć to, przetrzymać
Choćby perliło się spod rzęs
By jeszcze z tego życia wyrwać
Soczysty, krwisty kęs
Przysięgam, miesiąc, góra dwa
Najdalej tuż po świętach
Ja będę z tobą, niech to szlag
Znów będę - wniebowzięta!
Może nie trzeba było tak
Szaleńczo w górę, w górę grzać
I zgarniać, chwytać, łapać, brać
Bo zaraz amen, klezmer grać
Może nie trzeba było tak
Lecz po kropelce, po maluchu
Sączyć to życie, a nie chlać
- Gdziekolwiek, z gwinta
I znowu odpalimy ostro
Choćby to pożreć miało nas
Choćby groziło stosem, chłostą
Zagramy jeszcze raz!
I z lodem na parzÄ…cych skroniach
Do bólu szarpiąc każdą strunę
Zdążymy, choćby biły gromy
Zaliczyć każdą chmurę
A może trzeba właśnie tak
Szaleńczo w górę, w górę grzać
I zgarniać, chwytać, łapać, brać
Bo zaraz amen, klezmer grać
A może trzeba właśnie tak
I nie po kropli, po maluchu
Sączyć, lecz chlać to życie, chlać
- A choćby z gwinta!
Minął sierpień, minął wrzesień.
Znów październik i ta jesień
Rozpostarła melancholii mglisty woal.
Nie żałuję letnich dzionków,
Róż, poziomek i skowronków.
Lecz jednego, jedynego jest mi żal.
Addio, pomidory!
Addio, ulubione
Słoneczka zachodzące
Za mój zimowy stół!
Nadchodzą znów wieczory
Sałatki nie jedzonej,
Tęsknoty dojmującej
l łzy przełkniętej wpół.
To cóż, że jeść ja będę zupy i tomaty,
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ
W te witaminy przebogaty.
Addio, pomidory!
Addio, utracone!
Przez długie złe miesiące
Wasz zapach będę czuła.
Owszem była i dziewczyna,
l miłości pajęczyna,
Co oplotła drżący dwukwiat naszych ciał.
Porwał dziewczę zdrady poryw
l zabrała pomidory
Te ostatnie com schowane przed nią miał.
Addio, pomidory!
Addio, ulubione
Słoneczka zachodzące
Za mój zimowy stół!
Nadchodzą znów wieczory
Sałatki nie jedzonej,
Tęsknoty dojmującej
l łzy przełkniętej wpół.
To cóż, że jeść ja będę zupy i tomaty,
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ
W te witaminy przebogaty.
Addio, pomidory!
Addio, utracone!
Przez długie złe miesiące
Wasz zapach będę czuła.